archiwumWywiad z okładki

Karolina Nowakowska
Wywiady i inspiracje

Na drodze rozwoju. Rozmowa z Karoliną Nowakowską

Pandemia to trudny czas dla wielu biznesów. Od niemal roku żyjemy w zawieszeniu, niepewności. Towarzyszą nam nie zawsze pozytywne emocje, ale może nie dostrzegamy szans i nowych możliwości, które przed nami otwiera? Bo co, gdyby ten czas obrócić na swoją korzyść? Jak nie bać się zmiany, rozmawiam z Karoliną Nowakowską – aktorką telewizyjną i teatralną, wokalistką, która jako coach profesjonalnie wspiera w procesie zmiany. Znamy Panią z wielu produkcji telewizyjnych, a także z desek teatralnych. Jest Pani również wokalistką. Dlaczego zdecydowała się Pani wstąpić na ścieżkę rozwoju osobistego i jako certyfikowany coach pomagać innym? Coaching pojawił się w moim życiu po raz pierwszy wiele lat temu. Kiedy byłam w ciąży, z powodów zdrowotnych nie mogłam pracować na scenie. Zdecydowałam jednak, że mimo niedyspozycji, czas oczekiwania na upragnioną córeczkę wykorzystam aktywnie i zainwestuję go w siebie. W tym okresie rozpoczęłam też regularne pisanie felietonów dla magazynów i portali lifestyle’owych. Byłam już wtedy od jakiegoś czasu w procesie pracy nad sobą, więc z chęcią uczestniczyłam w różnego typu spotkaniach i konferencjach dla kobiet. To wtedy poczułam, że taki kierunek rozwoju jest mi bardzo bliski. Zawsze byłam osobą empatyczną, a własne doświadczenia skłoniły mnie do chęci wspierania w drodze do szczęśliwego życia inne kobiety. Świadomą decyzję o wykonywaniu zawodu coacha i o chęci pracy z kobietami nad zmianą, podjęłam, gdy zaczęłam współpracę z Aliną Adamowicz, znaną jako alka_positive, która dostrzegła mój potencjał, wiedzę i ogrom życiowego doświadczenia, zapraszając mnie do współtworzenia stowarzyszenia Akademia Pozytywnych Kobiet. Od tego momentu regularnie dzielę się swoimi doświadczeniami w felietonach, które na profilach APK ukazują się w każdą środę. Jestem też autorką cyklu #coachyourselfbykarolinanowakowska, w którym zapraszam kobiety do cotygodniowej refleksji i pracy autocoachingowej. Świadomie buduję siebie jako coacha i zdobywam coraz to nowe kompetencje trenerskie. Stale się rozwijam, zdobywając wykształcenie w tej dziedzinie, a wszystko po to, aby jak najpełniej móc wspierać w rozwoju osobistym innych. Daje mi to spełnienie, ogrom radości i satysfakcji z efektów. Czy Pani doświadczenie aktorskie, wcielanie się w wiele ról w życiu zawodowym, odgrywanie wielu odmiennych postaci pomaga Pani teraz w empatycznym podejściu do osób, z którymi pracuje Pani jako coach? Zdecydowanie tak. W pracy aktorskiej cenię i kocham między innymi to, że daje mi ona szansę wcielania się w różnorodne, często odmienne ode mnie osoby. Uczy mnie nie oceniania ich (co stanowi dobrą bazę do pracy coachingowej), a wcielania ich w życie. To znakomite pole do własnego rozwoju. Obserwowanie ludzi to część mojej artystycznej pracy. To jej nieodłączny element. To właśnie z obserwacji czerpię inspirację do budowania postaci, które jako aktorka tworzę. Często dodaję do nich wnioski z własnych doświadczeń. Jestem jednak nie tylko obserwatorem, ale także słuchaczem – skupionym na rozmówcy, szczerym i oddanym. Słuchaczem, który jest obiektywny, nie ocenia, a przed wszystkim ma świadomość, że „słuchać”, nie zawsze oznacza słyszeć. Takim, jakim dobry coach być powinien. Czym Pani się zajmuje, w czym pomaga? Pracuję z kobietami. Podczas sesji life coachingowych pomagam klientkom dostrzec i uwolnić ich potencjał. Pracujemy między innymi nad zwiększeniem pewności siebie i wystąpieniami publicznymi. Moją misją jest wspieranie kobiet w zmianie i umacnianie ich w rozwoju osobistym. Wspomagam je w budowaniu życia, o jakim zawsze marzyły. Dlaczego zaangażowała się Pani w coaching skierowany głównie do kobiet? Jestem zdania, że kobieta może być znakomitym wsparciem dla drugiej kobiety. Zdecydowałam, że wnioski z własnych doświadczeń przełożę na pomoc innym kobietom – bogatsza w wiedzę mogę pełniej wspierać inne kobiety w zmianie i być namacalnym dowodem tego, że zmiana jest możliwa w każdym momencie życia, jeśli naprawdę się jej chce. Mam wielki szacunek do kobiet i są bliższe memu sercu. Współtworząc Akademię Pozytywnych Kobiet, spotykam się z wieloma wspaniałymi, mądrymi kobietami. Lubię tę wymianę doświadczeń i dzielenie się pozytywną energią. Moja specjalizacja pojawiła się bardzo naturalnie. Na czym polegają spotkania z Panią? Jakimi narzędziami Pani pracuje? Jestem zwolenniczką spotkań twarzą w twarz. Zawodowo i prywatnie. Podobnie jak w pracy artystycznej kontakt z żywym widzem w teatrze jest dla mnie przeżyciem magicznym, tak podczas procesu coachingowego lubię czuć przepływ energii między mną a klientką. Sytuacja pandemiczna wymusiła jednak na nas wszystkich metody pracy online i muszę przyznać, że taki system sprawdza się w pracy coachingowej. Przykładam jednak dużą wagę do tego, aby komfort klientki, z którą pracuję online, nie odbiegał od komfortu pracy stacjonarnej. Prowadzę sesje w gabinecie (przy zachowaniu wszelkich zasad bezpieczeństwa) lub przy użyciu aplikacji do komunikacji (w formie wideorozmowy lub rozmowy telefonicznej – w zależności od preferencji klientki). Istnieje też możliwość spotkań u klientki. Narzędzia zawsze dostosowuję indywidualnie. Moim głównym założeniem jest to, aby maksymalnie przybliżyć ją do realizacji wyznaczonych celów. Z jakimi problemami obecnie zderzają się najczęściej osoby, którym Pani pomaga? Obserwuję, że kobiety zmagają się z brakiem wiary w siebie. Nie czują się ze sobą dobrze, często bezpodstawnie zaniżają własną wartość. Biorą na siebie zbyt wiele obowiązków i czują frustrację, realizując nie swoje cele. Mam poczucie, że kobiety są dla siebie zbyt surowe, patrzą na siebie krytycznym okiem, a co gorsze – kiedy poczucie własnej wartości staje się wyzwaniem – pozwalają się w tym upewniać otoczeniu, co znacząco odbija się na ich życiu osobistym i zawodowym. Jest Pani trenerem zmiany. Jak można znaleźć siłę na zmiany w tym niełatwym czasie pandemii? „Nie ma nic stałego poza zmianą” – mawiał przed tysiącami lat Heraklit. Zmiana to jedyna pewna rzecz w naszym życiu i chyba wszyscy w tym pandemicznym czasie dosadniej rozumiemy znaczenie tych słów. Zmiana jest trudna sama w sobie, często bowiem wymaga od nas wyjścia z bezpiecznej strefy komfortu, otwarcia się na nowe czy zyskania nowych umiejętności. „Boimy się zmiany, nawet na lepsze”- napisała niedawno w komentarzu jedna z kobiet biorących udział w spotkaniu Positive Night Live Akademii Pozytywnych Kobiet na Instagramie, które organizujemy w co drugą niedzielę o godz. 21.30. Jaki z tego wniosek? Dla mnie taki, że warto wspierać kobiety, uświadamiać im, że jakość ich życia zależy od nich samych. I wcale nie potrzeba porywać się z motyką na słońce. Wystarczy zacząć od małego kroku, ale zrobić go. Swoją postawą daję kobietom przykład, że wszystko leży w ich rękach. W czasie pierwszego lockdownu,...
Agnieszka Hyży w wywiadzie z okładki - FIRMER
Wywiady i inspiracje

Wyższy poziom czytelnictwa. Rozmowa z Agnieszką Hyży

Po jednej stronie coraz mniej czasu na relaks, życie w większym pędzie, zmęczenie i prokrastynacja – realia zdecydowanie niesprzyjające czytelnictwu. Po drugiej, rozwój nowych technologii, coraz większa mobilność, internet bez limitu – warunki idealne dla wydawnictw cyfrowych dostępnych na wyciągnięcie ręki o każdej porze, gdziekolwiek się znajdujemy. A takie, którym warto się zainteresować, pojawiło się na rynku. O tym, jak stworzyć e-book od nowa, by zachwycić nim czytelników, rozmawiam z Agnieszką Hyży – dziennikarką i prezenterką, od 15 lat związaną z telewizją i mediami, która poza show-biznesem działa również w branży eventowej i weddingowej, a od niedawna e-wydawniczej – współtworząc platformę How2 z innowacyjnymi e-bookami.   Jak wynika z badań poziomu czytelnictwa Biblioteki Narodowej, w 2019 roku 39 proc. ankietowanych zadeklarowało przeczytanie co najmniej jednej książki, 6% czytelników sięgnęło po e-booki. Jednocześnie z drugiej strony, według badania Digital 2019, Polacy spędzają w sieci średnio sześć godzin i dwie minuty dziennie. Tymczasem, pod koniec lipca, Pani razem ze wspólniczką Anną Zofią Powierżą wystartowała z nową platformą z e-boookami. Jak narodził się ten pomysł? Patrząc na statystyki, wydaje się on dość odważny. Od zrodzenia się tego pomysłu do startu platformy minęły niemalże dwa lata. Bardzo poważnie podeszłyśmy do zbadania rynku i rozpoznania potrzeb użytkowników. Razem z naszym zespołem przeprowadziłyśmy pierwsze w Polsce zakrojone na taką skalę badania e-czytelnictwa, których wyniki pomogły nam w stworzeniu naszego produktu w taki sposób, żeby odpowiadał on na zapotrzebowania e-czytelników. Internet dla wielu osób jest najważniejszym źródłem informacji, determinuje opinie i buduje światopogląd. To właśnie w świecie online szukamy informacji dotyczących spraw zarówno codziennych, jak i fundamentalnych. E-booki dostępne na platformie How2 mają ich dostarczać. Naszym założeniem jest to, by odpowiadały one na pytania najczęściej zadawane przez internautów. Biorąc pod uwagę dynamiczny rozwój e-czytelnictwa na świecie, nie mam poczucia, że to był odważny pomysł. Odpowiadamy na potrzeby rynku i światowe trendy. W Polsce e-książki zyskały na popularności około 10 lat temu. W świecie cyfrowym to spory kawałek czasu. Nie miała Pani wątpliwości, czy e-booki to właściwy kierunek? Absolutnie nie! To jest rynek, który rozwija się z miesiąca na miesiąc. Największe światowe wydawnictwa inwestują w segment cyfrowy. Mało tego, w Polsce w 2019 roku obniżono stawkę podatkową na e-booki z produktowej (23%) na usługową (5%). Uważam, że to idealny moment na to, by wprowadzić nową jakość na cyfrowym rynku wydawniczym.   Świat się zmienia, styl życia ludzi również. Świat online towarzyszy nam wszędzie i prawie zawsze.   Informacji potrzebujemy tu i teraz, nie chcemy czekać. Po e-booki możemy sięgnąć w każdej chwili i w każdym miejscu. Korzystanie z nich jest naprawdę wygodne. Czym How2 różni się od innych wydawnictw elektronicznych? How2 to cyfrowe wydawnictwo i równocześnie jedyna tego typu platforma w Polsce, na której dostępne są e-booki stworzone wyłącznie z myślą o niej. Nie można ich kupić nigdzie indziej, nie zostaną nigdy wydane w tradycyjnej drukowanej formie. Nasze e-booki to nie tylko tekst, zawierają one także materiały audiowizualne, animacje i autorskie ilustracje. To absolutnie nowa jakość na rynku wydawniczym! Przykładamy ogromną wagę zarówno do wartości merytorycznej, jak i wizualnej oraz technologicznej naszego produktu. Z naszych e-booków można korzystać na wszystkich urządzeniach mobilnych, komputerach i rozmaitych czytnikach. I co ważne, zostały one wymyślone tak, by niezależnie od urządzenia, zachowywały w pełni swoją funkcjonalność. Wszystko po to, by nasi e-czytelnicy czerpali jak największą radość i przyjemność z ich czytania. Premiera How2 przypadła na czas pandemii. Jak Pani wspomniała, prace nad uruchomieniem platformy rozpoczęły się już dużo wcześniej, zanim jeszcze usłyszeliśmy o COVID-19. Co obejmowały przygotowania? Pierwsze rozmowy z moją przyszłą wspólniczką Anna Zofią Powierżą na temat stworzenia innowacyjnej platformy z multimedialnymi e-bookami odbyły się prawie 2 lata temu. Dość szybko dołączył do nas anioł biznesu, który od początku uwierzył w nasz pomysł. Dawid Urban to znana postać w polskim świecie start-upów. Dzięki niemu bardzo szybko zaczęłyśmy prace nad How2. Badałyśmy rynek i zabrałyśmy się za zbudowanie interdyscyplinarnego zespołu. W początkowej fazie to był mały projekt, który z miesiąca na miesiąc rozwijał się i powiększał. Dziś nasz stały zespół liczy blisko 20 osób, pracujemy obecnie nad kilkudziesięcioma nowymi e-bookami. Nieustannie stawiamy sobie nowe wyzwania. Choć koronawirus mocno zainfekował gospodarkę, wydaje się, że dla biznesu online nie można było wymarzyć sobie lepszego momentu – więcej czasu spędzamy w domach, intensyfikujemy swoją obecność w internecie i korzystanie z mediów cyfrowych. Czy tak jest rzeczywiście? Paradoksalnie czas pandemii dał wieki zastrzyk energii światu online. Jeszcze przez długi czas nie wrócimy do offline’u w takim wymiarze jak kiedyś. Dlatego niezwykle ważne jest, by internet, który jest tak powszechnym i istotnym medium, dostarczał informacji rzetelnych, eksperckich i etycznych. Ciągle walczymy z fake newsami, brakuje wiedzy i rozrywki na wysokim poziomie.   How2 to nie tylko biznes. Przyświeca nam misja, chcemy edukować społeczeństwo.   Zależy nam na tym, by nasze treści były wartościowe, wiarygodne i poparte doświadczeniem i autorytetem ekspertów w danych dziedzinach. Wierzymy, że nasze działania przyczynią się do zmieniania internetu na lepsze. Mimo że jesteście na początku działalności, możecie się już pochwalić całkiem bogatą biblioteką i szerokim wachlarzem tematycznym publikacji. Według jakiego klucza wybieracie autorów, z którymi chcecie współpracować? Jaka idea Wam przyświeca? W dniu premiery platformy How2 oddaliśmy naszym użytkownikom 23 tytuły. Od początku września nasza wirtualna biblioteka poszerza się o minimum dwa nowe e-booki tygodniowo. Ich twórcami są wybitni eksperci, gwiazdy z pierwszych stron gazet, a także zdolni debiutanci. W gronie naszych autorów są m.in. Dorota Wellman, Katarzyna Bosacka, Katarzyna Pakosińska, Daria Ładocha, Hanna Lis, Anna Maria Wesołowska, Katarzyna Błażejewska-Stuhr czy Zofia Zborowska. Sam proces wydawniczy jest dość rozbudowany. Jak już wspominałam, nasze e-booki mają odpowiadać na pytania, które ludzie najczęściej zadają w sieci. Nieustannie sprawdzamy to, czego internauci najbardziej potrzebują – to, jakich treści szukają. Opieramy się na danych, statystykach, ale codziennością są dla nas też kreatywne burze mózgów. Zdarza się, że tematy wypływają z samego autora, jego zainteresowań lub doświadczeń. W niektórych przypadkach to do ustalonego wcześniej tematu poszukujemy eksperta w danej dziedzinie i wspólnie z nim przygotowujemy publikację. Do końca pierwszego kwartału 2021 roku mamy gotowy plan wydawniczy, a już teraz prowadzimy kolejne rozmowy z potencjalnymi nowymi autorami. Nieustannie szukamy nowych...
Andrzej Matracki
Wywiady i inspiracje

Ostre cięcie zmian. Rozmowa z Andrzejem Matrackim

Nie kto inny jak my, Polacy, mamy najlepszych fryzjerów na świecie. Świadczą o tym choćby złote medale z Mistrzostw Świata we fryzjerstwie. Sytuacja pandemii wyraźnie pokazała, że fryzjerstwo to nie tylko ładne fryzury czy filmy z pokazów, ale biznes oparty na twardej kalkulacji, uważnej obsłudze klienta i najważniejsze – na zaufaniu. Działalność salonów fryzjerskich została zawieszona na ponad dwa miesiące. Dziś, gdy branża beauty została rozmrożona, salony fryzjerskie zmagają się z zaleceniami GIS, które są wyjątkowo rozbudowane i restrykcyjne, ale także z obawami klientów. O realiach pracy w dobie koronawirusa rozmawiam z Andrzejem Matrackim – wielokrotnym Mistrzem Świata we fryzjerstwie, Prezydentem Federacji OMC w Europie Zachodniej, trenerem fryzjerskiej kadry Polski, ale także przedsiębiorcą prowadzącym – wspólnie z bratem – salon w Olsztynie i z upodobaniem nadal obsługującym klientów fryzjerem.   Salon Matraccy promuje się hasłem „Salon Mistrzów Świata” i bez wątpienia można powiedzieć, że jest to salon premium. Marzymy o tym, żeby tak było. I wierzymy, że przychodzą do nas klienci, którzy są świadomi i tej jakości premium szukają. Taki wizerunek budujemy konsekwencją i szukaniem nowych rozwiązań i dążeniem do doskonałości codziennie. Minuta po minucie, godzina po godzinie, próba po próbie, cięcie po cięciu. Nigdy nie odpuszczamy, nawet na chwile. To chyba zresztą wynika z naszego wychowania. Od rodziców dostaliśmy takie wychowanie, które nauczyło nas cały czas poszukiwać, nie ustawać w rozwoju, we wszystkich sferach życia szukać, jeśli czegoś brakuje, sprawiać, że coś będzie działać lepiej, będzie bardziej funkcjonalne. Nauczyli nas też bez kompleksów spoglądać za granicę i tam szukać inspiracji. Kilka dni temu na powrót otwarto drzwi salonów fryzjerskich. Jak przetrwaliście szturm klientów? To, co zostało powiedziane w mediach, że miliony ludzi rzuciło się na salony fryzjerskie, to jest nieprawda. Ustanowione przez rząd i służby sanitarno-epidemiologiczne procedury spowodowały, że to po prostu stało się niemożliwe. Czy dlatego, że można aktualnie efektywnie i bezpiecznie przyjąć o 30 proc. klientów mniej? To też. Ale samym sposobem komunikowania sprawiono, że klientów jest mniej. Ludzie się po prostu obawiają. Jeżdżą komunikacją miejską, chodzą do marketu spożywczego, ale czas na fotelu w pomieszczeniu, w którym jest kilka osób jest dla nich psychologiczną barierą. Aktualna sytuacja wymaga jakichś fundamentalnych zmian w organizacji pracy fryzjera? Tak naprawdę nie zmieniło się aż tak wiele. Poza odległościami między ludźmi i strachem klientów, którzy przychodzą, wyposażeni w maseczki, rękawiczki i z szeroko otwartymi oczami. Wcześniej w naszych salonach także obowiązywały wysokie standardy higieny. Po każdym kliencie dezynfekowaliśmy miejsce, na którym siedział, czy myjkę, na której kładł głowę, wszystkie narzędzia. Peleryny były zawsze świeże, a ręczniki jednorazowe. Jako fryzjerzy z bratem wywodzimy się ze starej szkoły fryzjerstwa. W szkole zawodowej, później w technikum, zostaliśmy gruntownie ukształtowani w pełnej świadomości tego zawodu. Mieliśmy takie przedmioty, jak technologia fryzjerstwa, higiena, a także przedmioty, których teraz w szkołach są już tylko podstawy: choroby włosów i skóry, wiedza o wszelkiego rodzaju zmianach chorobowych i naturalnych, jakie możemy napotkać na skórze. W tradycji fryzjerstwa byliśmy dużo bliżej skóry. Szczególnie fryzjerom męskim blisko było do cyrulików.   Wywodzimy się z tej starej szkoły, która dała nam poczucie nie bycia wielkim stylistą, ale bycia rzemieślnikiem.   Znamy się na swoim fachu i mamy naturalną baczność, by chronić klienta przed zagrożeniami, które się podczas usługi pojawiają. Ten mindset wsparty na fundamencie etyki zawodu to nie jest dla nas nic nowego.   Andrzej Matracki z bratem Pawłem Matrackim, fot. archiwum prywatne   Ale nie da się ukryć, że zagrożenie, które się pojawiło jest zupełnie nowe. Choćby to, że klient odczuwa strach przez okolicznościami skorzystania z usługi, której potrzebuje. Jak budować poczucie bezpieczeństwa? Najgorzej jest podejmować próby budowania poczucia bezpieczeństwa, kiedy kryzysowa sytuacja już trwa. Będę podkreślał z uporem maniaka, że budować bezpieczną atmosferę i zaufanie trzeba zawsze. Jak zaczynaliśmy biznes to już ją budowaliśmy. Zbudowane przez lata zaufanie do marki procentuje w tej chwili. Miejsca cieszące się dobrą opinią klientów, nie będą miały problemów. My tak zrobiliśmy, a teraz – dając jeszcze więcej od siebie, nawet coś co jest wymagane – mamy jeszcze większy efekt. Fryzjer to zawsze był zawód zaufania. Bez zaufania klientów, fryzjer nie istnieje. O ile do tej pory chodziło o zaufanie do jego umiejętności, teraz mamy do rozwiązania problem zupełnie innego rodzaju. Zmienia on myślenie nie tylko o obsłudze klienta, ale o organizacji pracy i wszystkich procedurach, a także powiązanymi aspektami fizycznymi środowiska pracy. W tej chwili musimy bazować na tym, by wśród klientów budować to poczucie bezpieczeństwa na zupełnie innym poziomie. Po pierwsze musimy zrobić wszystko, by stworzyć faktycznie bezpieczne miejsce dla naszych klientów i pracowników. W dużej mierze temu właśnie służą zalecenia dla salonów wydane przez GIS. Po drugie, musimy dawać świadectwo temu, co dla tego bezpieczeństwa robimy. Więc coś się jednak w Waszych salonach zmieniło? To, że w naszym nastawieniu nie zmieniło się wiele, nie oznacza, że nic nie zrobiliśmy. Zrobiliśmy bardzo dużo. Gdy ogłoszono lockdown, nie załamaliśmy rąk, ale chwyciliśmy za farbę, pędzle i pomalowaliśmy salon. Wnętrze jest odmienione, uzyskaliśmy poczucie nowości, świeżości. Jest mniej stanowisk, by uzyskać odstęp 2 metrów między osobami. Te konsole, które nie są wykorzystywane, służą jako parawany, przedzielają miejsca pracy. Przez to, że przez weekendy salon jest przekształcany w studio szkoleniowe do celów przygotowania do kadry do mistrzostw świata, tudzież do komercyjnych szkoleń, jest w pełni konwertowalny. Wszystkie lustra, fotele są ruchome. Usunęliśmy część mebli, zamówiliśmy kilka nowych, żeby jeszcze bardziej poprawić ergonomię salonu i dostosować wnętrze do nowych wymogów, które mówią, że ma być jak najmniej produktów na półkach. Ta sytuacja dała nam zupełnie inne spojrzenie na przestrzeń. Jesteśmy minimalistami, lubimy otoczenie które jest utrzymane w duchu minimalizmu, ale teraz jeszcze bardziej zafiksowaliśmy się na tym, by uzyskać to wizualne wrażenie sterylnej czystości.   fot. archiwum prywatne Andrzeja Matrackiego W planach mamy też założenie wideodomofonu, więc wchodzić będą tylko osoby umówione na wizytę, pracownicy i dostawcy.  Nikt postronny z ulicy nie będzie mógł wejść. Zależy nam na zbudowaniu wrażenia takiej bezpiecznej enklawy. Z dodatkowych metod zabezpieczenia salonu postawiliśmy na sterylizację promieniami UVC, służy ona do utrzymania sterylność narzędzi – grzebieni, nożyczek. Tego nie ma w obostrzeniach, ale chcemy wyjść dalej, zrobić jeszcze więcej, by ugruntować to...
Dorota Deląg
Wywiady i inspiracje

Show jest tylko anegdotą. Rozmowa z Dorotą Deląg

W kontaktach biznesowych liczy się zaufanie. To, jakie wrażenie zrobimy na rozmówcy, zdecyduje o tym, czy będzie on zainteresowany współpracą. A oceniani jesteśmy codziennie. Jak wypaść dobrze? Jak zaprezentować się tak, by nas zapamiętano? Rozmawiam o tym z Dorotą Deląg – znaną aktorką i dziennikarką, która swoje doświadczenie sceniczne i telewizyjne przekłada na działalność trenerską, prowadząc szkolenia z autoprezentacji i wystąpień publicznych.   Szkoli Pani z autoprezentacji i z wystąpień publicznych. Dlaczego? Czy zauważyła Pani w kontaktach biznesowych luki w tym zakresie?  To zupełnie inny powód. Wywodzę się ze środowiska artystycznego, nie śledzę środowisk biznesowych. Nie było więc moim celem wypatrywanie luk i dopasowanie się do nich z moją propozycją. Tak się poukładało moje życie. To jest historia, która spontanicznie się w moim życiu zadziała, cały mój bagaż doświadczeń, które gromadziłam przez 20 lat pracy zawodowej, ukierunkował mnie po prostu na to, żeby zostać trenerem. Wykonuję swoją pracę z zamiłowaniem i pasją, i tego samego uczę na swoich warsztatach. Na swojej stronie internetowej (dorotadelag.com.pl) zamieściłam wyjątkowy film. To moja wideowizytówka o tym, jak to się stało, że zostałam trenerem. Taki storytelling, storytelling o mnie. Chcę w ten sposób dać przykład i uczyć tego, jak ważna jest autoprezentacja oraz że warto przygotować swoją storytellingową wideowizytówkę i podejść do tego zaangażowaniem. Kiedy patrzę na świat biznesu i ten artystyczny, to dostrzegam, że są one pokrewne. I w jednym, i w drugim chodzi o komunikację. Biznes jest ukierunkowany głównie na komunikację z drugim człowiekiem, tak samo artyści – też komunikują, tylko innymi narzędziami. A autoprezentacja jest fantastycznym narzędziem do komunikacji. I – moim zdaniem – jest ona niezagospodarowana przez biznes, bo nie jest traktowana poważnie. Obserwuję, że osoby, które stykają się z nią pierwszy raz, są zaskoczone, że dzięki niej można tyle o sobie i swojej firmie powiedzieć. Może to niedocenianie wynika z tego, że po prostu nie uczymy się autoprezentacji. Nasz program edukacji tego nie przewiduje. Autoprezentacja powinna być bezwzględnie przedmiotem w szkole. U nas, jeśli już podejmujemy ten temat, to skupiamy się na jednym elemencie, na tym, żeby wystąpić bez tremy. To jest główny problem ludzi w ogóle, że trema ich zjada. Poza tym, nie potrafią mówić o sobie. Potrafią się tylko przedstawić i powiedzieć, co robią. Dlaczego robisz to, co robisz? Co czyni Cię unikatowym? Co możesz zaoferować innym? Kim jesteś? Okazuje się, że są to już bardzo trudne pytania. I wtedy wkraczam ja ze swoim warsztatem, który pozwala ludziom odkryć swój potencjał i w taki sposób o sobie mówić, aby stać się inspirującym dla innych. Zdobycie umiejętności ciekawego mówienia o sobie przekłada się na wystąpienia publiczne, a to później na stworzenie np. swojej wideowizytówki. Jeszcze niewiele firm ją ma, teraz jest więc idealny moment, żeby się nią wyróżnić. Trzeba zrozumieć, że to nie jest reklama.   Dzięki nagraniom można powiedzieć o sobie to, czego nigdy byśmy nie powiedzieli, bo nie bylibyśmy o to zapytani.   A kiedy materiał jest przemyślany, przeanalizowany i po prostu dobrze napisany, to potencjalny klient może zobaczyć czarno na białym, kim jesteśmy. Cała zabawa właśnie na tym polega, żeby odpowiedzieć na to pytanie w tak inspirujący sposób, żeby druga osoba chciała z nami nawiązać współpracę. A przecież o to chodzi w biznesie. W ten sposób możemy też wzbudzić większe emocje, zacząć budować relację... Nie powiem nic odkrywczego: emocje sprzedają, a fakty informują. Ja zajmuję się emocjami. Mój background aktorski pozwala na to, żeby „pogrzebać” w ludziach. A oni naprawdę dają na to zgodę. Komunikacja polega na tym, by słuchać drugiego człowieka i wyciągać wnioski. Ze swoimi warsztatami i wideowizytówkami wkraczam do świata, w którym ludzie mają w ogóle problemy, by mówić. Świetnie robią biznes, potrafią znakomicie nawiązywać relacje biznesowe, ale kiedy mają to wszystko zmieścić w krótkiej prezentacji, zaczynają się schody. Dlatego uczę ich, jak z wykorzystaniem technik aktorskich zaakceptować siebie, także na ekranie. Kiedy to nastąpi, łatwiej jest użyć kolejnego narzędzia, czyli siebie do komunikacji. Wydaje mi się, że problem z akceptacją siebie, wynika z wychowania, z poczucia pewności siebie, które wynosi się z domu. Uczono nas przecież, żeby być skromnym, nie wychylać się, nie chwalić. Teraz takie podejście w ogóle się nie sprawdza.  Zgadzam się. Teraz trzeba być do przodu i trzeba być pewnym siebie. Generacja ludzi młodych to pokazuje, ona wie czego chce, mówi o tym i to komunikuje. I to jest fantastyczne. Starsi już tego nie potrafią, bo się wstydzą, albo tak naprawdę nie wiedzą, jaki jest ich potencjał. Wielu ludzi uważa też, że otwieranie się jest niepotrzebne w kontaktach. A to nieprawda. Jesteśmy już przecież bardziej świadomi, nastawieni na samorozwój, już nas nie interesują powierzchowne znajomości. Chcemy poznawać się bardziej i wchodzić w głębsze relacje, nawet te biznesowe. Nie kupuje się tylko produktu, ale człowieka, który za nim stoi. Ta wiarygodność jest niezwykle istotna i ważna. Występujemy przecież nie tylko przed dużym gronem osób, prowadzimy negocjacje twarzą w twarz, rozmowy z partnerami biznesowymi, rozmowy sprzedażowe, od których zależy wiele. Tak, wystąpienia publiczne to nie są tylko wystąpienia ze sceny. Występujemy codziennie. Jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, jak często wykonujemy autoprezentację przed swoimi klientami czy potencjalnymi klientami, czy osobami z zespołu, jeśli uświadomimy sobie, że to narzędzie, którego używamy non stop, to docenimy jego moc. Dostrzega Pani inne problemy? Wstydzimy się mówić o sobie, nie doceniamy własnego potencjału, co jeszcze nas blokuje?  Jeśli już damy sobie przyzwolenie na mówienie o sobie, to powinniśmy dowiedzieć się, jak łączyć historie ze swojego życia z opowieścią o nas. Każdy z nas ma jakąś historię. Tych historii jest mnóstwo. I to one powodują, że stajemy się atrakcyjni biznesowo dla drugiej osoby. Ponieważ na przykład wyznajemy te same wartości, wierzymy w te same rzeczy, odczuwamy to samo. Kiedy przełamiemy tę blokadę, to powstaje kolejny problem – jak to wszystko powiedzieć. Tutaj proponuję techniki intonacyjne i impostacyjne, techniki warsztatowe. Kiedy uczymy się mówić, to tak naprawdę uczymy się wszystkiego od początku, ponieważ nie można przecież wyjść i mówić tak po prostu. Trzeba dodać do tego energię. A to jest męczące. Mówiąc energetycznie, intonacyjnie, używając technik – męczysz się. Musisz inaczej oddychać, inaczej artykułujesz – to jest praca....
Kompozytor Piotr Rubik
Wywiady i inspiracje

Miejsce, by rozwijać skrzydła. Rozmowa z Piotrem Rubikiem

O artystach myślimy stereotypami. Że wszystko za nich załatwiają inni. Że są nieodpowiedzialni, lekkoduszni i niefrasobliwi. Że żyją z głową w chmurach. A takie uosobienie z pewnością nie jest domeną przedsiębiorców i ludzi biznesu. Ten mit obala Piotr Rubik – znany kompozytor, który samodzielnie dyryguje nie tylko własną imponującą w skali działalnością muzyczną, ale także siecią przedszkoli firmowanych swoim nazwiskiem.   Jak wygląda biznesowa strona Pana życia zawodowego? W mojej działalności zawodowej jest bardzo dużo biznesu. Ponieważ bezskutecznie poszukiwałem menedżera z prawdziwego zdarzenia, to od wielu lat sam prowadzę swój tzw. biznes muzyczny. Nie różni się on zbyt wiele od dużej firmy, ponieważ przy każdym koncercie bierze udział mniej więcej 115 osób, wykonawców, kierowców, techników. Takie przedsięwzięcie wymaga zarządzania, zaawansowanej logistyki i koordynacji. Tak naprawdę swój zawodowy czas dzielę więc pomiędzy bycie szefem całego zespołu, a bycie kompozytorem. Staram się tak ułożyć dzień, żeby móc się później przestawić z tego zarządzania na tworzenie, co nie jest łatwe. I żeby to wszystko działało dobrze, to około 70% czasu pracy muszę poświęcać na zarządzanie biznesowe, jeśli zostanie mi więc 30% czasu w ciągu dnia na tworzenie to jest już luksus. Oczywiście, kiedy mam jakąś premierę albo ważne wydarzenie, to wtedy odkładam wszystko i piszę. Zazwyczaj bywa jednak tak, że już od rana jestem bombardowany informacjami, sprawami do załatwienia, w związku z tym cały czas ciężko pracuję, bo działalność biznesowa musi toczyć się swoim torem. Gdzie w tak napiętym harmonogramie jest czas na dodatkową działalność i jak to się stało, że w ogóle otworzył Pan przedszkole? Kiedy zostałem tatą, to oczywiście zacząłem inaczej patrzeć na sprawy dzieci. Wcześniej, mimo że pisałem dużo utworów dla najmłodszych, komponowałem piosenki, pisałem przedstawienia, bajki itd., nie miałem styczności z dzieciakami, choć to, co robiłem, było dobrze przyjmowane. Kiedy więc pojawiły się na świecie moje córki, zobaczyłem, że mam z nimi dobry kontakt, że potrafię nawiązać wspólny język z maluchami. W międzyczasie pojawiły się też różne projekty z dziećmi, m.in. Mali Giganci w TVN, gdzie wraz z moją drużyną wygraliśmy pierwszą edycję i też zobaczyłem, że ta współpraca z dzieciakami bardzo dobrze przebiega, jeśli traktujesz je poważnie. W związku z tym, kiedy szukałem czegoś, co byłoby odskocznią od muzyki, czegoś, co będzie szło swoim torem niezależnie od tego, czy będę miał czas na pisanie czy nie, czy aktualnie będę popularny czy może trochę mniej – bo z tym bywa różnie i zawsze warto swoje działania dywersyfikować, by mieć w przyszłości zabezpieczenie – to stwierdziłem, że warto spróbować stworzyć takie miejsce, gdzie dzieci będą mogły się rozwijać artystycznie. Gdzie będą miały takie same warunki, jakie miałem ja, kiedy byłem mały, kiedy w porę odkryto mój talent i pozwolono mi go doskonalić. Tak naprawdę talent u dziecka odkrywa się, jak ma ono 3–4 lata. Oczywiście, wtedy jest za wcześnie na profesjonalne szkolenie, ale już wtedy widać, czy dziecko rokuje, że może mieć szansę, aby się rozwijać w kierunku artystycznym. To widać, słychać i czuć – dla mnie jest to oczywiste, ale dla wielu rodziców pewnie nie, część z nich po prostu nie potrafi zauważyć, że w ich maluchu jest coś, co warto wspierać i kontynuować. Pomyślałem, że może być to miejsce, które nie tylko pozwoli dzieciom rozwijać skrzydła w kontakcie z dobrą, żywą muzyką i w otoczeniu fajnych nauczycieli, ale także miejsce, które pomoże rodzicom odkryć talent ich dziecka. Tak się złożyło, że na swojej drodze spotkałem wówczas przyjaciela, wspólnika, Jacka Darowskiego, który jest specjalistą od prowadzenia firm i z dużym sukcesem od wielu lat prowadzi przeróżne przedsiębiorstwa. To dzięki niemu nasz pomysł w ogóle doszedł do skutku. Ponieważ sam, mimo doświadczenia w dziedzinie muzycznej, nie miałem kompletnie praktyki w dziedzinie prowadzenia firmy takiej pozamuzycznej, typowej, nazwijmy to „normalnej”, to bez niego na pewno nie dałbym rady. To Jacek zajmuje się całą logistyką, administracją, prowadzi całą sferę biznesowo-logistyczną, jeśli chodzi o nasze przedszkola. Na szczęście się spotkaliśmy, ja – człowiek z wizją, doświadczeniem artystycznym i z nazwiskiem, które firmuje nasz biznes oraz on, człowiek potrafiący dobrze zarządzać firmą. W takich okolicznościach postanowiliśmy zaryzykować i otworzyć przedszkole. W 2014 roku powstało Rubik Music School i – odpukać – wszystko idzie świetnie. Domyślam się, że macie plan na rozwijanie biznesu. Czy rozważacie na przykład stworzenie franczyzowej sieci przedszkoli? Obecnie mamy 3 placówki, jedną na Mokotowie i dwie na Ochocie. Dzieci je pokochały, udało nam się też zgromadzić bardzo dobrych nauczycieli, którzy tworzą wspaniały zespół, i wspaniałe dyrektorki, które to wszystko spinają. Obaj, ja od strony artystycznej, Jacek od strony logistycznej, cały czas nad wszystkim czuwamy, dbamy o jak najwyższy poziom i najlepsze warunki dla dzieci.   Myślę, że to jest recepta na sukces: zaangażowanie, poświęcenie, pasja i fajni ludzie.   Chcemy, oczywiście, otwierać kolejne placówki, mam nadzieję, że z czasem uda nam się mieć ich przynajmniej 5 w Warszawie, a potem może pójdziemy w inne miasta Polski, a może w inne miasta na świecie. Trzeba to robić rozważnie, pilnować, aby były na wysokim poziomie, aby mieć na nie czas i możliwości, żeby nad nimi czuwać. To nie jest McDonald's, żeby sprzedawać franczyzę. Na razie tak o tym myślę. Ponieważ firmuję przedszkola własnym nazwiskiem, zależy mi na tym, żeby samodzielnie pilnować ich poziomu.   fot. Peter Kovacs   W jakim stopniu angażuje się Pan w prowadzenie przedszkoli? Muszę być na bieżąco, właśnie po to, żeby trzymać poziom, żeby się później nie wstydzić, żeby wszyscy byli zadowoleni, przede wszystkim dzieci i ich rodzice. Na razie udaje się to osiągnąć. W przedszkolach bywam regularnie. Nie traktuję ich, jako samoistnych bytów, tylko cały czas aktywnie uczestniczę w ich pracach, jestem tam bardzo często, mam zajęcia z dziećmi, znam te dzieciaki i one znają mnie, każde nasze wspólne spotkanie to dla nich wielka radość. Poza tym codziennie jestem w kontakcie z naszymi nauczycielkami, współpracownikami i pracownikami. Absolutnie, nie odpuszczam. Jak Pan znajduje na to czas? Bierze Pan udział w wielu projektach, cały czas jest muzycznie aktywny, nagrywa pływy, koncertuje, do tego prowadzi przedszkola… Jaki ma Pan sposób, żeby to wszystko pogodzić? Staram się :) Staram się przede wszystkim dobrze organizować swój czas. To jest sztuka, ale można...
1 2 3 4
Strona 1 z 4